[…]ucałujcie te matki, które wychowały mężczyzn na Waszych partnerów. – o „Sercu z kamienia” z Katarzyną Misiołek

Wywiad z Katarzyną Misiołek, autorką Serca z kamienia

Katarzyna Misiołek

Ideały z Instagrama i rywalizacja.

Przeczytanki (P): Różowa okładka, tiul, szczęśliwa „ciężarówka” – ta okładka sugeruje słodką, sielankową historyjkę. Tymczasem pod tą słodyczą skrywa się morze łez, strachu i gniewu. Czy to trochę taka alegoria naszego życia, które pod pięknymi pozorami często skrywa rozpacz?

Katarzyna Misiołek (KM): Po części tak. Zwłaszcza obecnie, w dobie wirtualnego narcyzmu bywa tak, że pokazujemy światu to, co piękne i radosne, a ciche łzy rozpaczy zachowujemy dla siebie. W sieci nikt nie płacze, a jeśli nawet, są to raczej skrajne przypadki. Prowadząc blogi, czy popularne profile na Instagramie/Facebooku kreujemy się na kogoś, komu na świecie jest wygodnie, błogo i miło. Bo skoro koleżanka w sobotę rano wrzuca fotkę śniadania podanego jej przez męża do łóżka, to jak my mamy napisać o tym, że akurat nam smutno i źle? Nie piszemy. Ludzie rywalizują ze sobą, nawet jeśli się przyjaźnią. Kumpela pisze, że mąż kupił jej kwiaty? My w odpowiedzi chwalimy się nową fryzurą, czy planowaną kolacją w dobrej knajpie. Emocje bardziej niewygodne upychamy gdzieś w głąb siebie, żeby nie przeszkadzały. Nie mówię, że ludzie przestali ze sobą rozmawiać, czy wspierać się, ale bardzo często nasz wizerunek w sieci nie oddaje tego, co akurat przeżywamy. Tworzymy swoje własne klony, które są po części nami, a po części idealnymi istotami, którymi chcielibyśmy być. Bo skoro wszyscy tak robią, to my też. W sieci słowo „wszyscy” ma ogromne znaczenie. Wszystkim ciężko się przeciwstawić, a jeszcze ciężej im nie zazdrościć. Nie wiem, jak wy, ale ja mam czasem wrażenie, że wszyscy są szczęśliwsi ode mnie. I wiem, że to nieprawda, ale patrząc na te ich wymuskane wirtualne klony tak właśnie czuję. Całe szczęście tak jest tylko czasem, poza tym zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś, patrząc na moje zdjęcia, też może mi czegoś zazdrościć. Wszyscy wpadliśmy w tę pułapkę. Przechwalamy się, idealizujemy nasz wizerunek w sieci, a później się dziwimy, że wykreowaliśmy sztuczny świat, który nijak się ma do otaczającej nas rzeczywistości. Dlatego chyba najtrudniej jest obecnie nastolatkom, które obserwują sztucznie wykreowaną rzeczywistość i czują się źle ze sobą. Nam, dorosłym, łatwo to sobie wytłumaczyć, a jednak i my czasem czujemy się z tym źle. W takim układzie co mają powiedzieć dzieciaki? Nic dziwnego, że tyle depresji wśród nastolatków, skoro wszyscy wspólnie ustawiliśmy poprzeczkę delikatnie mówiąc za wysoko… Pamiętajmy o tym, zanim poczujemy się gorsi, na co dzień obserwując sztuczny wirtualny świat pozorów, kłamstewek i tiulu.

P: Czy według ciebie współczesne kobiety, w tym matki, stały się ofiarami sztucznie wykreowanych idealnych kreacji z social mediów? W końcu zdjęcia na Instagramie są tak perfekcyjne…

KM: No właśnie o tym piszę powyżej. Myślę, że tak, przynajmniej w dużej mierze. Ale są też na szczęście w sieci profile, czy blogi dziewczyn/kobiet, które na przekór obecnym trendom pokazują również swoje słabości, czy niedoskonałości i z tego, co widzę, są bardzo popularne – więc chyba jednak nadal się szarpiemy w tych tiulach i różowościach, chcemy krzyknąć: „Hej, żadna z nas nie jest idealna i dobrze!”

Serce z lukru czy z kamienia?

P: Twoja bohaterka z pozoru ma wszystko: luksusowe mieszkanie, przystojnego,ambitnego męża, śliczne, zdrowe córeczki i świetnie prosperujący blog. Ale pod tą skorupką skrywa się mnóstwo goryczy i samotności. Czy uważasz, że w pewnym sensie Weronika nie przyznając się do swoich problemów „sama się prosi” o kolejne kłopoty?

KM: Może „prosi się” to zbyt ostre określenie, ale na pewno w pewien sposób zapędziła się w miejsce, które zamiast jej ostoją, stało się pułapką. Przedstawiając swoje życie jako idealne nie mogła liczyć na wsparcie innych kobiet. Większość z nich jej skrycie zazdrościła, nawet jeśli na blogu pisała przesłodzone komentarze. Gdyby Weronika od początku była szczera i pokazywała też minusy macierzyństwa chyba byłoby jej łatwiej i na pewno dostałaby więcej wsparcia od innym mam. Ale to, że jej blog pokazywał zbyt idealny, polukrowany świat, mogło też być jej tarczą – uciekała w tę bajkę chcąc się uchronić przed rutyną i problemami dnia codziennego.

P: Tytuł „Serce z kamienia” jest epitetem oskarżającym główną bohaterkę. Czy uważasz, że takie oskarżenia często są rzucane lekką ręką, bez namysłu i refleksji, że mogą zranić bardziej niż fizyczny cios?

KM: Ludzie uwielbiają oceniać innych i robią to, bo akurat mają zły dzień, albo komuś zazdroszczą i chcą mu dowalić, zwłaszcza w sieci, więc bywa, że anonimowo. Często osoby, które śledzą blogi czy profile sławnych ludzi skrycie czują zawiść i byle pretekst jest dobry, żeby zaatakować. Trzeba jednak pamiętać, że najczęściej tego typu oskarżenia rzucają osoby nie posiadające własnego życia, bądź będące z niego niezadowolone. Takie, które czują się lepiej mogąc w kogoś uderzyć, nawet na oślep. Dlatego ja osobiście nie jestem zwolenniczką dzielenia się swoim życiem w sieci i nawet jako pisarka wrzucam minimum wiadomości o sobie i niemal zero moich prywatnych zdjęć, czy przeżyć. Od tego ma się przyjaciół, żeby się z nimi dzielić tego typu rzeczami. Nie rozumiem osób takich jak Weronika i na pewno nie chciałabym prowadzić tego typu bloga. Internet jest fajny, ale bywa też groźny. Przecież chociażby pedofile polują w sieci. Nie wyobrażam sobie, że mając dwie śliczne córeczki wrzucam ich zdjęcia na ogólnie dostępnego bloga. Jestem przeciwna medialnemu ekshibicjonizmowi i zawsze będę powtarzać, że pewne rzeczy lepiej zachować dla siebie lub dla swoich najbliższych.

Macierzyństwo powinno być wyborem.

P: Od pewnego czasu krąży po sieci zdjęcie artykułu, w którym „specjalista” radzi jak się nie dać depresji. Jedną ze wskazówek jest „urodź dziecko”. Jak według ciebie takie opinie i pseudo porady wpływają na osoby faktycznie chorujące na depresję?

KM: Nie widziałam tego artykułu, ale zaryzykuję stwierdzenie, że trzeba być kompletnym idiotą, żeby poradzić coś takiego osobie zmagającej się z depresją. Każdy, kto depresję poznał na własnej skórze wie, że czasem ciężko chociażby wstać z łóżka, czy zmotywować się do wzięcia prysznica. Jak osoba w takim stanie psychicznym miałaby znieść ciążę i poradzić sobie z trudami pierwszych tygodni i miesięcy macierzyństwa? Myślę, że obecnie pewne kręgi chcą wrócić do traktowania młodych kobiet jak inkubatorów na dwóch nogach. I na to nie ma mojej zgody. Jesteśmy czymś więcej, niż chodzącymi macicami. Każda z nas może mieć dzieci, jeśli tego pragnie, ale i nie musi, jeśli nie czuje takiej potrzeby. Ja nigdy nie widziałam się w roli matki i nigdy nie miałam problemu z otwartym mówieniem o tym. Oczywiście spotkałam się z reakcjami tak skrajnymi jak nazwanie mnie niepełnowartościową kobietą, ale ponieważ mam takie opinie w głębokim poważaniu, nigdy nie miałam problemu ani z tematem, ani z jego odbiorem. Z osobami ograniczonymi do jednego „słusznego” konserwatywnego poglądu po prostu nie dyskutuję. Dodam, że – co dla mnie dziwne i zaskakujące – zazwyczaj moją decyzję o nieposiadaniu dzieci krytykują inne kobiety.

P: Mąż Weroniki, Wiktor, wzbudził we mnie, ale także w wielu czytelniczkach bardzo negatywne emocje. Czy jest on twoją odpowiedzią na przeidealizowany wizerunek księcia na białym koniu?

KM: Myślę, że Wiktor wzbudza takie emocje ponieważ jest, niestety, bardzo prawdziwy. W sumie on nawet nie jest jakimś wyjątkowo złym facetem. Jest po prostu egoistycznym dupkiem, któremu się wydaje, że skoro zarabia i zapewnił rodzinie luksusowe życie, to może wymagać i traktować żonę jak gosposię, kucharkę i gorącą kochankę w jednym. Wiktor potrzebuje mocnego ciosu w żołądek. Takiego w przenośni, ale jednak solidnego i najlepiej, żeby walnęła go Weronika. To koleś, który sam siebie uważa za porządnego. Przecież on zarabia. Dba o rodzinę, ma świetną pracę. A że potrafi zostawić żonę w zaawansowanej ciąży i lecieć na kilka tygodni do Londynu? Cóż… Kariera rzecz święta. Wielu jest takich mężczyzn i myślę, że może to nawet nie ich wina. Tak zostali wychowani. A kto ich wychował? Kobiety. Podziękujcie Waszym teściowym, jeśli macie mężów z taką mentalnością, a ucałujcie te matki, które wychowały mężczyzn na Waszych partnerów.

Izolacja nie sprzyja wenie.

P: Jak mocno obecna sytuacja wpłynęła na twoją pracę pisarza? Z jednej strony teoretycznie czasu na pisanie więcej, z drugiej depresyjna i rozpraszająca rzeczywistość…

KM: Mocno. Pierwsze tygodnie całego tego chaosu były dla mnie naprawdę trudne. Zamartwiałam się o bliskich, godzinami śledziłam doniesienia i wpadłam w taką psychozę, że bałam sie wyjść przed kamienicę do skrzynki na listy. Później zrozumiałam, że zamykanie się w domu nic nie da i nie ma mowy o żadnym ekspresowym stłamszeniu epidemii, wróciłam do spacerów, przestałam śledzić medialne doniesienia i wpadłam w wir pracy. Źle się pisze w takim stresie, powiem szczerze. Czuję się odmóżdżona, co chwilę ktoś dzwoni, albo pisze do mnie na Facebooku. Znajomi podzieli się na tych, którzy boją się tak, że niemal żegnają się z życiem i tych, którzy uważają, że pandemia to sztucznie przedmuchany medialny cyrk. Ludzie się kłócą, przerzucają argumentami, obrażają się. Może dlatego odcięłam się od mediów społecznościowych i zabrałam do pracy. Gonią mnie terminy, a świat nadal się kręci, więc trzeba pogonić stres i zacząć znowu stukać w klawiaturę. 😉 A koronawirus niech się już łaskawie stąd zabiera, bo wszyscy mamy go po kokardy. Na Pomorzu sytuacja i tak jest w miarę opanowana, ale współczuję osobom z bardziej „gorących” regionów i moim czytelniczkom z Włoch (Anula, baci!). Dodam jeszcze, że chociaż już nieco oswoiłam sytuację, wciąż mam takie nieprzyjemne poczucie odrealnienia, jakby to wszystko było tylko złym snem, albo katastroficznym filmem. Ciężko mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę i bardzo boję się tego świata, który objawi się nam za kilka miesięcy… Nie chcę być czarnowidzem, ale mam coraz większe obawy, że będę sobie niebawem bezsilnie patrzeć na zgliszcza mojego dotychczasowego życia, bo to, co zrobiono z gospodarką wszyscy będziemy odczuwać bardzo, bardzo długo…

P: Czy w twoich kolejnych powieściach obyczajowych przewinie się motyw wirusa, izolacji i obecnych realiów?

KM: Tak. Początkiem lutego kończyłam pisać powieść obyczajową i w jej ostatnim rozdziale bohaterka rozmawia ze swoim facetem o wirusie i mówi mu, że boi się chaosu, który może za sobą przynieść wybuch pandemii. Jeśli chodzi o inne książki, na pewno będzie się czasem pojawiać motyw korony – przecież (i niestety) ten czas wszystkim nam na dobre zapadnie w pamięć… Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie napisać pełnej czarnego humoru powieści o tym czasie kwarantanny i zamknięcia, ale zdałam sobie sprawę, że powstanie sporo takich książek i być może wydawcy stracą zainteresowanie tematem szybciej, niż ja zdołałam to wszystko dokończyć.

Czytelniczki wytrawne?

P: Wszystkie twoje książki poruszają trudne motywy, daleka jesteś od pisania słodkich opowieści z happy endem. Kim, według ciebie, są czytelniczki sięgające właśnie po takie powieści, jak twoje i co sprawia, że przyciąga je twój drapieżny styl?

KM: Myślę, że to są kobiety, które poznały już życie na tyle, żeby wiedzieć, że nie jest różowe. I te, które od przesłodzonych do mdłości historyjek wolą poczytać o czymś więcej, niż kolejnym romansie z jakimś przystojnym szefem, czy gangsterem.

P: Jakie lektury ci teraz towarzyszą? A może nie czytasz tylko oglądasz coś wciągającego? Jak się relaksujesz?

KM: Źle mi się teraz czyta, nie potrafię się skupić. Mam pod ręką niezłe thrillery, ale moje myśli krążą wokół zupełnie innych tematów. Zresztą obecnie tak się wzięłam za pracę, że nawet HBO GO poszło w odstawkę… 😉

Zapraszam także do lektury recenzji „Serca z Kamienia”: KLIK

Tagged with: , , , ,

1 comment

  • Zuza

    Dobry wnikliwy i szczery wywiady. Uściski.

    Reply to Zuza

Comments & Reviews

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*