401 (92). „Kiedy odszedłeś” Jojo Moyes

401 (92). „Kiedy odszedłeś” Jojo Moyes

Tł. Nina Dzierżawska

Wydawnictwo Między słowami (Znak)

492 strony,oprawa miękka

„[…] nie mogę wrócić do Stortfold i znów być „tą dziewczyną”, „tą, która wiecie”. […] Nie chcę codziennie mijać domu Willa i myśleć o tym, w czym brałam udział, o tym, co zawsze tam będzie.”

Mam takie dziwne „zboczenie”, że najpierw wolę obejrzeć film a potem przeczytać książkę. Tak zrobiłam  w przypadku „Zanim się pojawiłeś” i absolutnie nie żałowałam. Do kontynuacji tej historii, która doprowadziła mnie do łez, zabierałam się jak do jeża. Wreszcie nadszedł odpowiedni czas na lekturę. Czy „Kiedy odszedłeś” wzruszyło mnie równie mocno? Nie. Czy warto ją przeczytać? Tak.

„Żałoba miała swój szczególny zapach. Pachniała wilgotną, niewietrzoną salką w kościele i kiepską herbatą w torebkach. Posiłkami gotowanymi dla jednej osoby i zwietrzałymi papierosami, które pali się, kuląc się przed zimnem. Ułożonymi włosami i spryskanymi pachami, drobnymi praktycznymi zwycięstwami nad otchłanią rozpaczy.”

Po śmierci Willa nic nie jest takie, jak być powinno. Lou nie potrafi dotrzymać złożonej obietnicy i zamiast korzystać z radości życia, coraz bardziej pogrąża się w niemocy, rozpaczy i tęsknocie. Z kolorowej, przebojowej i szczerej dziewczyny zmienia się w szarą, zahukaną myszkę zlewającą się z otoczeniem. Do czasu, gdy staje na gzymsie dachu… Po tym wydarzeniu jej życie zaczyna przypominać szaloną karuzelę, na którą wsiadają zupełnie niespodziewani pasażerowie.

„Nastolatki to praktycznie przedszkolaki z hormonami: na tyle duże, że chcą już robić różne rzeczy, ale bez kropli oleju w głowie.”

Gdy w życie Lou wdeptuje (dosłownie) pewna nastolatka, dziewczyna musi na wiele spraw spojrzeć z zupełnie nowej strony. Jojo Moyes poruszyła przez tą postać mocny temat, i to nie jeden. Za sprawą zbuntowanej i krnąbrnej pannicy, główna bohaterka powoli wydostaje się z kokonu, jakim się zakryła po śmierci ukochanego. Autorka pokazała kilka istotnych motywów – wychodzenie z żałoby, odnajdywanie własnej ścieżki pośród cudzych oczekiwań oraz dramaty, które kryją się za niezrozumieniem.

” — Myślę, że ona mnie kocha. Ale siebie kocha bardziej. Inaczej jak mogłaby robić to, co robi?”

Może przy „Kiedy odszedłeś” nie płakałam tak jak przy „Zanim się pojawiłeś”, ale niezaprzeczalnie miałam łzy w oczach. Moyes potrafi poruszyć czułe struny w duszy, przypomnieć osobiste przeżycia i otworzyć oczy na to, co dzieje się wokół. Ta powieść tchnie nadzieją, pozytywną energią rodzinnym ciepłem. Mam wrażenie, że została niejako napisana „ku pokrzepieniu serc” po dramatycznym zakończeniu pierwszej części. W tym tomie Lou nie jest tak wyrazistą postacią, prym wiodą „współbohaterowie”, jednak nadal wzbudza sympatię i opiekuńcze uczucia (bynajmniej we mnie).

„[…]melancholię trzeba, szorując, zmyć ze skóry wraz z zapachem antyseptyków.”

Czy można pogodzić się ze śmiercią? Czy pójście dalej jest zdradą? Jak oddzielić pamięć o zmarłym od wyrzutów sumienia? „Kiedy odszedłeś” nie daje jednej, satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale pomaga spojrzeć na wiele spraw z dystansu i pozwala na zrozumienie, że przeszłość jest niezmienna, mamy wpływ jedynie na przyszłe wydarzenia. I to tylko te, które dotyczą nas samych. Bo każdy musi wziąć swoje życie we własne ręce i zdecydować, co z nim zrobić.

Wiem, że opinie o tej książce są skrajne – od zachwytu, po znudzenie. Ja chyba ustawiam się po środku, z przewagą dobrych wrażeń. Może nie ma takiego wbicia w fotel i szargania emocjami jak w „Zanim się pojawiłeś”, ale uważam, że to bardzo wartościowa i wzruszająca powieść.

Książka ukazała się nakładem

Tagged with: , , , , , ,

Comments & Reviews

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*